Jak to się zaczęło – część I

Była ciepła, letnia noc w starożytnej Grecji… Właściwie nie. Był czwartek, 25-ty kwietnia 2013 roku. Mniej więcej połowa drogi pomiędzy zabierzowskim Business Parkiem a Kurdwanowem. Wracaliśmy z Jackiem z firmowej imprezy integracyjnej i uznaliśmy, że dobrze było by wpaść do niego na jeszcze jedno piwo. Jacek mieszkał wtedy po studencku, wynajmował mieszkanie wspólnie z dwoma kumplami. Sama impreza też była w stylu dość studenckim – grill na balkonie, na ostatnim piętrze wieżowca. Jak się miało okazać, był to wieczór który całkowicie zmienił moje dotychczasowe życie.

INCEPCJA

Byłem wtedy pół roku przed moimi trzydziestymi urodzinami. Może o dekadę zbyt wcześnie, ale był to dla mnie czas poszukiwań odpowiedzi na wiele pytań: jaką ścieżkę zawodową wybrać? Czy umiem odpowiednio wykorzystać swoje umiejętności? Co tak naprawdę chcę robić w życiu i jak czerpać z niego radość? Jako ojciec półtorarocznego chłopca zastanawiałem się co mogę zrobić, żeby kiedyś powiedział do mnie: „Tato, jestem z Ciebie dumny. Jesteś dla mnie wzorem”. A nie robiłem przecież nic szczególnego: praca – dom – studia podyplomowe, życie jak każde inne. Ze sportem nie miałem nic wspólnego od czasu wuefu na studiach. Ostatni raz, z własnej nieprzymuszonej woli, sport uprawiałem w podstawówce. A właściwie nawet nie myślałem wtedy o uprawianiu czegokolwiek. Po prostu grałem na osiedlu w piłkę, w każdej wolnej chwili

Park Kurdwanowski – to właśnie tu grałem

Na imprezie były też sąsiadki Jacka. Jak się okazało, pracowały dorywczo przy organizacji Cracovia Maratonu [edit: wg relacji naocznych świadków była to jednak Dorota, z rodzinnej miejscowości Jacka]. Zaczęły opowiadać o tym jak wygląda ta impreza, na ile kilometrów ten maraton ;), ile osób startuje i kibicuje. A potem powiedziały tę najważniejszą rzecz: że na mecie, każdy kto ukończy bieg dostaje medal. Każdy. MEDAL. To było właśnie coś co chciałem dać synowi – medal maratoński. Zacząłem więc szukać słabych punktów regulaminu. Ile jest
czasu? Sześć godzin? Jak szybko przeciętnie chodzi człowiek? Sześć kilometrów na godzinę? Za wolno. To jednak sobie odpuszczę.

PIERWSZE KROKI

Ja odpuściłem, ale myśli o Maratonie jakoś nie chciały całkowicie mnie opuścić. W końcu, dwa tygodnie później, pomyślałem: może jednak spróbuję? Wystarczyłoby przebiec jakieś dziesięć kilometrów, a resztę w sumie mogę przejść. Wyciągnąłem więc z szafy jedne z niewielu sportowych butów jakie miałem (akurat były do koszykówki) i postanowiłem w Parku Kurdwanowskim, tam gdzie kiedyś grywałem w piłkę, sprawdzić na co mnie stać. A stać mnie było na około trzysta metrów. Potem zadowolony z wykonanego zadania wróciłem do domu 🙂 Później spróbowałem jeszcze kilkukrotnie, aż udało się dociągnąć do pełnego kilometra biegu bez zatrzymania (taka była zasada – zatrzymanie zerowało licznik)

Kurdwanów – moja trasa

Ponieważ wszystko zaczęło ruszać z miejsca, uznałem, że już czas stworzyć jakiś konkretny plan działania. Zacząłem od wyboru daty celu głównego – czyli maratonu. Doszedłem do wniosku, że najbliższym realnym terminem jest jeseń, a najlepsze miejsce to Poznań. Nigdy tam nie byłem, nie znałem profilu trasy, ale postanowiłem trochę pozwiedzać 🙂 Dodatkowo, dowiedziałem się, że z początkiem lipca zostanę przeniesiony z zabierzowskiego Kraków Business Parku do nowego biura na krakowskim Ruczaju. To była świetna okazja do sprawdzenia się. Zaplanowałem, że ostatniego dnia pracy przebiegnę z KBP do domu na Kurdwanowie. Było to około dziewiętnastu kilometrów. Jak widzicie plan był dość ambitny i niezbyt szczegółowy, ale było to jedyne co w tamtym momencie miałem. Aha, miałem też już nowe buty. Buty do koszykówki, co raczej nie jest zaskakujące, nie okazały się wystarczająco wygodne. Kupiłem więc moją pierwszą parę prawdziwych biegówek. Co prawda najtańszych, marketowych, ale przynajmniej w miarę przystosowanych do tego typu aktywności.

I raz jeszcze Kurdwanów – tym razem moja trasa nocą

Dalej wydłużałem przebiegany dystans, aż do 3,5 kilometra. Biegałem w pobliżu mojego osiedla, wzdłuż głównych ulic i linii tramwajowych. Było dość bezpiecznie, latarnie pozwalały na bieganie właściwie o każdej porze dnia i nocy. Chodniki raczej równe, choć zawsze trzeba było być uważnym. Wyzwaniem dla mnie, jak i innych biegających na południu Krakowa, było ukształtowanie terenu. Ciężko jest tam znaleźć chociaż półkilometrowy płaski odcinek. Cały czas w górę lub w dół. Patrząc z perspektywy czasu, to było coś co pozwoliło mi tak szybko rozwinąć się biegowo. Częste zmiany prędkości i wkładanego wysiłku błyskawicznie poprawiły woją wydolność, a ostre podbiegi wyrobiły siłę. Teraz, po przeczytaniu kilku książek o treningu, nazwał bym to miejskim krosem [kros to trening w zróżnicowanym terenie, zazwyczaj leśnym]. Pomimo dość szybkich postępów, w pewnym momencie się zatrzymałem i nie byłem już w stanie zwiększać dystansu. Przełom nastąpił dość niespodziewanie.

BIEGANIE METODĄ DANIELSA

Na początku czerwca, kumpel z pracy – Wojtek, zaprosił mnie, Jacka i Grześka do siebie, na grilla. Oprócz najlepszych steków po tej stronie Mississipi Wojtek serwował również spore ilości whiskey. Następnego dnia, jak może domyślić się każdy, kto kiedykolwiek nadużył tego trunku, czułem się fatalnie. Uznałem, że jedynym sposobem na pozbycie się bólu głowy i tego posmaku w ustach jest wypocenie się. Pobiegłem więc i lekko znieczulony zrobiłem po raz pierwszy w życiu pięć kilometrów ciągłego biegu. A potem poszło już z górki – sześć, osiem, w końcu dziesięć. Zazwyczaj jednak biegałem po mojej ulubionej, sześciokilometrowej trasie: Kurdwanów – Piaski Nowe – Kozłówek, aż do Tesco na Prokocimiu. Ciekawostka – jedną z popularniejszych książek o treningu długodystansowym,
książka z której sam obecnie korzystam, jest „Bieganie metodą Danielsa” [ang. „Daniels’ running formula”]. Jej autorem jest uznany trener lekkiej atletyki – Jack Daniels. Powinienem mieć swój rozdział w tej książce :).

trasa-biegowa-kurdwanow

trasa-biegowa-kurdwanow-profil

Moja ulubiona trasa i jej profil wysokościowy

PRÓBA

Nadszedł wreszcie TEN tydzień. Weekend spędziłem na przygotowaniach i planowaniu trasy. Okazało się, że jest dość skomplikowana, a ponad połowy zupełnie nie znam. Obawiałem się że w dniu najważniejszego wyzwania mogę najzwyczajniej w świecie się pogubić i zawalić całe przedsięwzięcie. Właściwy bieg zaplanowałem na piątek, 28-ego czerwca, a w poniedziałek w związku z tym postanowiłem zrobić mały rekonesans i przebiec nieznaną część trasy. Po pracy, mimo ciemnych chmur zbierających się nad okolicą KBP, ruszyłem. Szło całkiem nieźle, aż do momentu gdy na ulicy Balickiej dopadła mnie ulewa. Nie, nie spory deszcz, a prawdziwe oberwanie chmury. Po kilku minutach nie było na mnie suchej nitki, ale się nie zatrzymałem. Nie zatrzymała mnie też później konieczność brodzenia przez kałuże. Przemarznięty i całkowicie mokry dodarłem w okolice Bonarki. Do domu brakowało niewiele. Wiedziałem, że na pewno by się udało. Ale to jeszcze nie był TEN dzień. Wiem, że to głupie, ale miałem przebiec do domu w ostatni dzień pracy w Zabierzowie, a nie pięć dni wcześniej. Wsiadłem więc do autobusu, odebrałem rzeczy które zdeponowałem u Jacka i wróciłem do siebie.

Z piątku nie pamiętam wiele. Spakowałem rzeczy do pudła, okleiłem sprzęt naklejkami z moim imieniem i nazwiskiem, potem wyszedłem z pracy. Nie było zimno, ale z jakiś powodów oprócz normalnego biegowgo ubrania założyłem na siebie zwykłą, szarą bluzę a’la Rocky Balboa. Wszystko szło zgodnie z planem. Byłem zmęczony, irytowało mnie dreptanie w kółko w oczekiwaniu na zielone światła dla pieszych, ale kilometrów do celu stopniowo ubywało. Lekki kryzys pojawił się na górzystych terenach za rondem Matecznego, ale było już tak blisko, że nie było szans żebym zrezygnował. Kiedy wybiegłem zza ostatniej górki uznałem, że mam jeszcze wystarczająco dużo siły żeby pokluczyć trochę po osiedlu i dociągnąć do dystansu półmaratońskiego. Udało się.

trasa-biegowa-zabierzow-kurdwanow

Trasa KBP – Kurdwanów

Tak skończył się mój pierwszy etap przygotowań. Zrobiłem coś co dla mnie kiedyś było niewyobrażalne – przebiegłem 21 kilometrów w około dwie godziny. W niecałe dwa miesiące z 300 metrów doszedłem do 21 kilometrów. A to dopiero był początek.


Część druga: http://wasteoftime.pl/2017/02/16/jak-zaczalem-biegac-czesc-ii/

2 thoughts on “Jak to się zaczęło – część I

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *