Doktor nie puścił, ale drzwi puściły

Nie pisałem przez dłuższy czas, bo ciężko mi było znaleźć choć odrobinę, potrzebnego do tego, entuzjazmu. Trochę popracowałem nad techniczną stroną bloga, ustawiłem nowy hosting i zmusiłem Google’a (przynajmniej częściowo) do wyświetlania WasteOfTime w wynikach. O samym bieganiu myśleć raczej nie chciałem. Może nie dałem tego wyraźnie do zrozumienia na blogu, ale miałem świadomość tego, że mój plan przygotowań był bardzo ryzykowny. Wierzyłem, że dam radę wytrzymać obciążenie, fizycznie czułem się bardzo dobrze, ale zdawałem sobie sprawę, że wchodzę na nieznany grunt i coś może zawieść. No i zawiodło.

W poprzednim wpisie (http://wasteoftime.pl/2017/03/14/wakacje-w-biegu/) wspominałem o moim średnio udanym treningu na 32 kilometry. Następny tydzień (13.03- 19.03) miał być nieco lżejszy. Miałem zaplanowane dwa mocniejsze treningi: w czwartek bieg na 19 kilometrów z 11-oma w tempie progowym oraz półmaraton w niedzielę. Ogólne dystans miał być jednak dużo mniejszy a ja miałem złapać trochę świeżości. W środę zrobiłem 19-cie kilometrów spokojnego biegu wokół błoń, mając świadomość tego, że następnego dnia czeka mnie spore wyzwanie. Po ostatnich przejściach z biegiem progowym byłem przygotowany na ekstremalny wysiłek, a poszło bez najmniejszych problemów. W końcu jednak pojawił się ból, tyle że tym razem po biegu. Podczas rozciągania po treningu poczułem, że mam jakiś problem z prawą kostką, a z czasem było tylko gorzej.

Nie planowałem na blogu aż tak się obnażać

Następnego dnia trudności sprawiało mi już nawet chodzenie. Obawiałem się, że może to być złamanie zmęczeniowe, więc wybrałem się na SOR do Szpitala Narutowicza. Diagnoza po RTG była może mało konkretna, ale przynajmniej dająca nadzieję – lekarz wykluczył złamanie. Miałem nogę smarować maściami na stłuczenia i oszczędzać ją przez dziesięć dni. Podobny uraz miałem już w 2014 roku, kilka tygodni przed Krakow Business Run-em. Wtedy, żeby szybciej doprowadzić się do stanu używalności i jeszcze bardziej odciążyć nogę, postanowiłem poruszać się o kulach. Myślę, że wtedy pomogło i udało mi się dzięki temu wykurować na czas. Tym razem też postanowiłem sięgnąć po tą nieco melodramatyczną, ale skuteczną metodę.

Nie jest żle

Karolina natomiast zaczęła nalegać żebym wybrał się do kogoś kto faktycznie zna się na leczeniu kontuzji związanych z uprawianiem sportu, na co po małej domowej sprzeczce przystałem. Myślę, że był to dobry pomysł, dowiedziałem się co konkretnie mi dolega. Według fizjoterapeuty do którego się wybrałem było to zapalenie jednego z mięśni przechodzącego w okolicach kostki (najprawdopodobniej zginacza dużego palca). Co mogło być powodem? Przede wszystkim zbyt intensywny trening, a poza tym zużyte buty i zbyt częste bieganie po twardym podłożu. Oczywiście pewnie była to kombinacja wszystkich powyższych czynników.

Nordic sitting 😉

Kiedy zacząłem stosować leki przeciwzapalne i chodzić na zabiegi fizjoterapeutyczne dolegliwości dość szybko zaczęły ustępować. Uznałem więc, że nie stracę więcej niż dwa lub trzy tygodnie treningu. Półmaraton Marzanny jako bieg testowy jednak już odpadł. Nie było również szans na żaden dłuższy bieg 9-ego kwietnia, a wycieczka do Warszawy na Orlen Maraton możliwa była tylko w charaterze kibica. Jeżeli miałem jeszcze szanse pobić życiówkę w maratonie, to pozostawał mi tylko Cracovia Maraton 30 kwietnia. Więc się zapisałem.

Wiedziałem, że nie będę miał możliwości przetestowania formy na żadnym dłuższym dystansie. Z opcji awaryjnych pozostał mi Bieg na Bagry 23-ego kwietnia (https://www.facebook.com/biegiemnabagry/), a być może tydzień wcześniej występ w jakiś krótszych zawodach. Konkretny plan zdecydowałem się ułożyć dopiero gdy będę pewien, że jestem gotowy do biegania. Do tego czasu miałem ograniczyć się tylko do basenu, siłowni (bez obciążania kostki) i roweru stacjonarnego.

Cracovia Maraton – szczęśliwy numer

A jak to wygląda teraz? Minęło dwa i pół tygodnia, a dobrych wieści raczej nie mam. Leki i zabiegi pomagają, ale wystarczy choć dłuższy spacer a ból powraca. Podczas weekendu w górach, po wycieczce w Dolinę Chochołowską, kostka znowu spuchła. Nadzieje na powrót w tym tygodniu są coraz mniejsze, a wszystko wskazuje, że cały sezon trzeba będzie spisać na straty. Możliwe, że jeszcze podejmę samobójczą próbę „rozbiegania” problemu, ale szanse na sukces są raczej nikłe.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *