Kurtyna!

Nie wiem czy jest coś co potrafi zakłócić mój wewnętrzny spokój bardziej niż historia, którą pozbawiono zakończenia. Jest jak małe, wredne stworzenie, przyczajone w kącie piwnicy, za zasłoną w sypialni, pod siedzeniem w samochodzie. Czasami udaje mi się je zignorować, zapomnieć o nim na dzień lub dwa. W końcu jednak zawsze przychodzi ten moment w którym czuję wpatrzone we mnie ślepia i oddech na karku. Najwyższy czas dać odejść temu potworkowi, który przez ostatnie pół roku żywił się moim strachem i złudną nadzieją. Trzeba przyznać, że kurtyna opadła w już maju 2017.

Ciężko mi zliczyć ile razy, na szkoleniach BHP w Polsce, Stanach i Anglii, wbijano mi do głowy temat “Proper lifting”. Plecy proste, ciężar blisko ciała, podnosić nogami. Temat wałkowany do znudzenia. Ale w pewnym momencie okazało się, że i ja coś tu mogę wnieść do teorii. Moje odkrycia w formie pytań i odpowiedzi:

  • Czy opłaca się zwracać do sklepu płytki pozostałe po remoncie, żeby odzyskać 700 złotych? Nie zawsze.
  • Czy dwadzieścia kilogramów to ciężar którym można zrobić sobie krzywdę? Tak, można.
  • Boję się, że przesuwając paczkę zarysuję bagażnik mojej Dacii. Może lepiej się po nią bardziej wychylić? <świstopadającychrąk>.

Najpierw był zgrzyt i ostry ból w plecach. Dobrze, że była to ostatnia oddawana paczka. Kolejnej nie byłbym w stanie już wtargać na wózek. Dobrze, że nie musiałem ich już w punkcie informacyjnym zdejmować. Zainkasowałem moje siedem stówek będąc przekonany, że trochę poboli, ale przejdzie za tydzień lub dwa. I faktycznie, po tygodniu kręgosłup przestał boleć, pozostał tylko przykurcz mięśni w okolicach pośladka. Siedem dni później sprawa stała się dla mnie jednak na tyle niepokojąca, że w końcu wybrałem się do lekarza. Nie było żadnej konkretnej diagnozy, dostałem tabletki rozkurczowe i przeciwzapalne i miałem obserwować co się dzieje.

Minął kolejny tydzień, było już prawie normalnie. Trochę pobiegałem, zacząłem intensywniej się rozciągać i zacząłem robić coś, co uznałem za tzw. ćwiczenia McKenziego. Gdybym poświęcił trochę więcej czasu na przeczytanie tego co podpowiedział mi doktor Google, pewnie bym wiedział, że ćwiczenia te trzeba wykonywać ostrożnie, powoli i w różnych płaszczyznach. Nie jest to przyjęcie pozycji foczki i czekanie aż ktoś rzuci piłkę.

Foka. Czeka na piłkę.

Czas na małą dygresję. W dzisiejszym kąciku znachora-amatora opowiem Wam trochę o rwie kulszowej. Zanim pójdziecie to sprawdzić w kuchni, wyjaśnię, że jest to ból związany z uciskiem krążka międzykręgowego na nerw kulszowy, który przebiega niedaleko, w kanale kręgowym. Ból może promieniować od pośladka aż po stopę, ale to jeszcze nie wszystko. Mocniejsze uszkodzenie tego nerwu może ograniczyć funkcje kończyny dolnej do tych czysto dekoracyjnych, a ponadto wnieść do życia sporą dozę spontaniczności. Przynajmniej jeśli chodzi o sferę fizjologiczną. Na szczęście mój poziom spontaniczności nie uległ zmianie.

Jeśli chodzi natomiast o ból to miałem okazję żeby przestroić sobie nieco jego skalę. Do tej pory nie miałem żadnych poważniejszych urazów. Te drobniejsze, takie jak skręcone kostki, złamania ręki, żebra, kilku palców i podobno szczęki, były faktycznie nieco nieprzyjemne, ale obecnie traktuję je bardziej jako lekki dyskomfort. A teraz wyobraźcie sobie, że łapie Was skurcz łydki lub stopy. Myślę, że każdego kiedyś spotkało coś takiego. Skurcz, który jednak nie odpuszcza po kilku minutach i nie pomaga na niego rozciąganie, masaże czy rozgrzewanie. Skurcz, który jest tak mocny, że staje się jasne skąd nazwa “rwa” – uczucie jakby mięsień pośladkowy był rozrywany od środka. Dorzućcie do tego promieniujący ból od pośladka aż po stopę, który nie daje spać. No i pomnóżcie to przez czternaście dni.

Rezonans magnetyczny problematycznych kręgów.

A środki przeciwbólowe? Teoretycznie powinny działać. Ja stosowałem takie z górnej półki (czyt. te całkowicie destrukcyjne dla żołądka i wątroby), ale efekt był ledwie zauważalny. I tak kolejne tygodnie minęły pod znakiem: zastrzyków, rentgenów, masaży, neurochirurgów, fizjoterapeutów, ćwiczeń wzmacniających mięśnie, rezonansów magnetycznych, osiedlowych kręgarzy, ćwiczeń rozciągających, akupunktury, para-medycznych wizjonerów, basenu oraz chińskich tabletek ziołowych niepewnego pochodzenia. Powstał też plan na przyszłość: “teraz ćwiczenia, a jak ból stanie się nie do wytrzymania to operacja”. Ćwiczenia faktycznie pomagają, a problemy z chodzeniem ostatecznie załatwiła akupunktura (nie jest to w tym wypadku żadna czarna magia – odpowiednio nakłuwane mięśnie się rozkurczają. A że były to mięśnie zlokalizowane dość głęboko? No cóż potrzebne były długie igły). Mój aktualny udźwig oscyluje wokół wagi zgrzewki wody mineralnej (lekko gazowanej), oczywiście bez żadnych skrętów czy innych fanaberii. Ale jak widzicie, przy komputerze mogę siedzieć. I to właściwie tyle, lepiej już nie będzie.

Prokocimskie klimaty biegowe.

A właściwie co było przyczyną tego wszystkiego? Myślę, że jak w przypadku każdej porządnej katastrofy, był to splot wielu niekorzystnych czynników. Wad wrodzonych, wad nabytych w okresie w którym przerastałem większą część ludzkości, czy później podczas lat spędzonych przed komputerem. Z całej litanii defektów, które znalazły się na opisie RTG najbardziej zwracają uwagę dwa: po pierwsze spłycenie lordozy lędźwiowej. Mówiąc po ludzku: normalnie kręgosłup w odcinku lędźwiowym jest wygięty w łuk, dzięki czemu w odpowiedni sposób przenosi obciążenia, a u mnie jest prosty. Tak, to że pierwsze, drugie oraz dziesiąte wrażenie sprawiam jakbym połknął kij od szczotki może nie być przypadkiem. I druga sprawa, czyli niespojenie łuku S1 – nieprawidłowe zrośnięcie, w życiu płodowym kości łuku kręgowego, zazwyczaj spowodowane uwarunkowaniami genetycznymi bądź niewłaściwym układem planet. Wszystkie te większe i mniejsze problemy nakładały się na siebie przez lata, a do tego doszła odrobina pecha. C’est la vie.

A jak ma się do tego bieganie? Mogę się domyślać, że te osiemdziesiąt tysięcy dodatkowych uderzeń o asfalt tygodniowo nie pomogło. Ćwiczeń wzmacniających i rozciągających starałem się nie zaniedbywać, ale czy było ich wystarczająco dużo i czy były dobrze wykonane? Trzeba też pamiętać, że im dłużej się biegnie, tym trudniej utrzymywać prawidłową, wyprostowaną sylwetkę.

Biegowe odkrycie – Greenwich Foot Tunnel w Londynie.

Co dalej? Cracovia Maraton był moim ostatnim maratonem. Pięknie było zakochać się do szaleństwa w tym co się robi. Pięknie było łamać kolejne bariery i ścigając się, w założeniu, tylko ze sobą, coraz częściej łapać się na sprawdzaniu swojego miejsca na mecie. Za każdym razem coraz wyższego. Pięknie było po długiej zimie wybiec z domu, poczuć po raz pierwszy unoszący się w powietrzu zapach wiosny. Pięknie było wiedzieć, że nic mnie nie ogranicza, że mogę pobiec tyle kilometrów na ile mam ochotę. Pięknie byłoby dla tych przyjemności wszystko zaryzykować. W prawdziwym życiu skończyłoby się jednak tym, że nie miałbym ani przyjemności ani nogi. Może kiedyś pobiegnę jakąś piątkę, może nawet dychę. Bardzo mnie do tego ciągnie, ale stawka w tej grze jest odrobinę zbyt wysoka.

Oczywiście do tego wszystkiego co piszę należy przyłożyć odpowiednią skalę. Nigdy nie byłem w piątce najszybszych na świecie. Nie byłem w pięćdziesiątce najszybszych w Polsce. W najlepszym czasie byłem pewnie w najszybszej sto pięćdziesiątce w Krakowie, lecz miałem jeszcze spore rezerwy. Ale nie to jest tu istotne, bo to nie na Szosta ani na innego Kipsanga codziennie patrzę. To siebie widzę codziennie w lustrze i sobie mogę powiedzieć – zrobiłeś kawał dobrej roboty. Wiem jak trenowałem i wiem, że i o mnie można było powiedzieć: “chłopak jest nie do zaj***nia” (cyt. “Najlepszy”). A kiedy już raz zostaje się “chłopakiem nie do zaj***nia”, to już człowiekowi zostaje na całe życie.

Widok ze wzgórza obserwatorium Greenwich na Canary Wharf. Tam miałem półmetek swojej Londyńskiej trasy.

Na koniec jeszcze parę słów od pewnego niepoprawnego optymisty: kiedy kończymy coś w życiu i ostatecznie zamykamy za sobą jakieś drzwi, wtedy wreszcie mamy możliwość dostrzec, że kilka innych stoi przed nami otworem.


Polecam następujących fizjoterapeutów: Sylwia Wolska – jeżeli zależy Wam na subtelnych metodach (fizjo-cover.pl), Michał Kaczmarek i Grzegorz Roczniak – metody brute force (www.fizjoterapia-kaczmarek.pl/), Marcin Mach – uwaga, lubi wbijać dwudziesto-centymetrowe igły w pośladki! (https://ortotop.pl). Dziękuję!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *