Światła, kamera, akcja!

Po raz pierwszy piszę relację z maratonu. I wiecie co? To nie jest taka prosta sprawa. To trzy godziny, jedenaście minut i dwie sekundy, ale czy naprawdę jest o czym pisać? Dla mnie jest to czas w którym po prostu się biegnie. To nie moment na podziwianie widoków czy pogaduszki. To czas w którym mi chodzi po głowie tylko jedno – nie zwalniać. Poza tym jest to co w bieganiu pociąga mnie najbardziej – wielka pustka. Żadnych myśli o dalszych planach, pracy czy innych obowiązkach. Po prostu Nic. A wynik? W dużej mierze zależy od tego co zrobiło się wcześniej. Zacznę więc od moich dziesięciu ostatnich dni.

Perły Małopolski – Ojców – utykam (gdyby nie było widać)

Nie pisałem o tym na blogu, ale tydzień przed Cracovia Maratonem wystartowałem w swoim pierwszym, częściowo górskim biegu – Perły Małopolski w Ojcowie. Miałem wątpliwości co do dystansu – 13,7 kilometra to sporo. Obawiałem się, że siedem dni może nie wystarczyć żeby w pełni się zregenerować. Ale z drugiej strony, to była moja jedyna szansa, żeby na poważnie się sprawdzić. W końcu wybrałem półśrodki – wystartowałem, ale miałem zupełnie odpuścić podbiegi – podchodzić je. Mimo to szło mi bardzo dobrze, zwłaszcza pierwsze, nachylone w dół, siedem kilometrów. Przebiegłem je tempem poniżej 4:00 minut i udało mi się utrzymywać w pierwszej 25-ce. Ostatecznie zająłem 34-te miejsce, z czasem 1:04:42. Byłoby nawet trochę szybciej, gdyby nie to, że trzy kilometry przed metą mocno skręciłem nogę w kostce. Spodziewałem się że będzie to mój największy problem w kontekście maratonu, ale w bieganiu długodystansowym spektrum możliwych kontuzji jest naprawdę szerokie 😉

Około półtora miesiąca wcześniej zacząłem czuć coś w rodzaju przykurczu mięśnia po wewnętrznej stronie lewej łydki. Wtedy dużo więcej kłopotów sprawiała mi prawa kostka, więc tamtą sprawę zbagatelizowałem. Liczyłem że to się uspokoi po przymusowej, trzytygodniowej przerwie, którą zacząłem pod koniec marca. Tak się jednak nie stało, a z każdym tygodniem dyskomfort był coraz większy. W końcu, 21-ego kwietnia zmusił mnie do wizyty u fizjoterapeuty. Tym razem zdiagnozował tzw. shin splints, czyli zapalenie okostnej [internet twierdzi, że to nazewnictwo nie jest prawidłowe – shin splints to problem z przodu nogi]. W tym krótkim czasie który pozostał do maratonu nie dało się już wiele zrobić. Pozostały mi środki przeciwbólowe i doraźne działania jak np. moczenie nogi w lodowatej wodzie. Ponieważ podejrzewaliśmy, że większość moich kontuzji związanych jest z nadmierną pronacją, po Perłach wpadłem na pomysł, żeby trochę ustabilizować sobie stawy skokowe tapingiem. Po obejrzeniu kilku filmików na youtube trochę te nogi obkleiliśmy. Wyglądało to całkiem porządnie, ale czy przyniosło jakieś efekty to ciężko mi powiedzieć.

Taping stabilizujący stawy skokowe

To chyba tyle, jeżeli chodzi o kwestie zdrowotne. W obszarze samego treningu biegowego nie było w ostatnim tygodniu już żadnych fajerwerków. Jedynym mocniejszym akcentem była środowa tzw. próba kostiumowa – czyli trening w stroju zbliżonym do startowego, planowo 11 kilometrów z trzema w tempie maratońskim. Miał być niezbyt wymagający, w końcu za kilka dni miałem w takim tempie wytrzymać 42 kilometry. Okazało się, że tym razem wytrzymałem dwa, a całościowo dociągnąłem do 10. Dlaczego? Cieżko stwierdzić. Może zmęczenie po Perłach, a może lekka choroba. Syn wtedy leżał w łóżku z gorączką, a i ja momentami czułem się niewyraźnie. Ale do startu było jeszcze kilka dni, więc nie było sensu się podłamywać tylko spokojnie czekać.

Po próbie generalnej nadszedł czas na zgromadzenie odpowiedniej ilości paliwa na te 42 kilometry z hakiem. Po raz pierwszy przed maratonem stosowałem metodę tzw. ładowania węglowodanowego, które ma na celu maksymalne zmagazynowanie glikogenu w organizmie. Klasyczne podejście składa się z dwóch faz: najpierw całkowite wyjałowienie z węglowodanów, a trzy dni przed startem spożywanie ich w bardzo dużych ilościach. Ponieważ pierwsza z nich jest, moim zdaniem, bardzo ryzykowna (np. zwiększa ryzyko infekcji) a mniej ortodoksyjni autorzy kwestionują jej sens, ograniczyłem się wyłącznie do tej drugiej. Ale muszę przyznać, że i to było sporym wyzwaniem. Dziennie powinienem spożywać 9 gramów węglowodanów i 1,2 grama białka na każdy kilogram masy ciała. Przy moich 80 kilogramach jest to ilość naprawdę ogromną. Posiłki miałem rozłożone co dwie godziny, ale wieczorem już z trudem cokolwiek w siebie wciskałem. A tak wyglądała lista produktów na jeden dzień:

  • 400 g ciastek zbożowych
  • 200 g daktyli (chyba najlepsze przed maratonem, ale ciężko je w dużych ilościach przełknąć)
  • 1000 g makaronu plus do tego jakiś sos spaghetti
  • puszka owoców
  • 2x podwójny Mars
  • minimum 3 litry wody mineralnej

Ostatnie przymiarki

Ostatnią rzeczą do zaplanowania było odżywianie na trasie. Teoria mówi, że dzięki diecie powinienem wytrzymać większość dystansu, ale wolałem tego nie testować na sobie. Mogłem zabrać ze sobą na trasę trzy 72-gramowe opakowania żelu, jeden miałem zjeść tuż przed startem, a kolejne trzy na trasie miała mi podać Karolina ze Stefanem. Wszystko to miałem przełknąć przed 30-tym kilometrem, później żele nie zdążyły by się wchłonąć. Patrząc z perspektywy czasu było to było chyba dwa razy za dużo. Większych problemów nie miałem, ale czułem że mam strasznie zamulony żołądek. Do tego przez kolejne trzy dni miałem problemy ze snem, myśle że właśnie przez to. To było właściwie wszystko jeżeli chodzi o przygotowania. Mając w głowie słowa „maraton nie wybacza”, które ostatnio wyjątkowo często słyszałem, dopiąłem wszystko na ostatni guzik.

Sytuacja nieco skomplikowała się rano. Ostatnie prognozy które widziałem wieczorem zapowiadały pogodę dla mnie idealną – bezwietrznie, 6-10 stopni, pochmurno, ale bez opadów. I tak było, za wyjątkiem padającego od rana deszczu. Nie była to może tragedia, miałem okazję przetestować buty na mokrej nawierzchni i dobrze trzymały się asfaltu. Niestety jeszcze przed startem tak nasiąkły wodą, że były dwa razy cięższe niż normalnie. Pojawił się jeszcze jeden problem, którego się nie spodziewałem. Planowo miałem być na Rynku o 8:30, żeby zrobić porządną rozgrzewkę. Tymczasem, ze względu fatalne planowanie, pojawiłem się tam dwie minuty przed startem i to tylko dlatego że na miejsce biegłem (na szczęście nie sprintem). Czasu wystarczyło na wzięcie przeciwbólowych oraz no-spy i szybkie porozciąganie okolic brzucha. Ile minut z końcowego wyniku przez to straciłem? Tego nigdy się nie dowiem, ale na pewno nie było to bez znaczenia.

Cracovia Maraton – tłoczne złego początki

Zacząłem bez słuchawek w uszach, jakoś tego dnia zupełnie nie miałem ochoty na muzykę. Pilnowałem, żeby nie ruszyć zbyt mocno. Zegarek pokazywał tempo około 4:10. Nie było to może 4:00 które zakładałem na start, ale wydawało mi się tego dnia odpowiednie. Miałem plan przez cały czas biec z kimś, jest dużo łatwiej gdy ktoś pomaga trzymać stałą prędkość i osłania przed wiatrem. Przez kolejne 7 kilometrów trzymałem się grupy z Krotoszyna, biegnącej na trzygodzinny wynik.

Cracovia Maraton – przekraczamy Rubikoń

Za Rondem Grunwaldzkim, żeby trochę przełamać monotonię, przyspieszyłem i przyłączyłem się do kolejnej grupki, biegnącej 50 metrów dalej. Przez chwilę miałem przerażenie w oczach, bo poczułem, że coś zaczęło obijać się o moją łydkę. Nie byłem pewien czy zawiązałem sznurówki wystarczającą ilość razy. Na szczęście okazało się, że to tylko odklejony tejp.

Cracovia Maraton – jaki most jest każdy widzi

Przy punkcie nawadniana na 12 kilometrze grupa poszła w rozsypkę i przez kilka kilometrów biegłem sam, aż do chwili gdy trafiłem na kilka osób biegnących moim tempem. Było wśród nich dwóch weteranów, ścigających się w kategorii 60+. Z jednym z nich, dość charakterystycznym człowiekiem z brodą a’la Tom Hanks z Cast Away, miałem okazję biec w maratonie i półmaratonie w Rzeszowie. Wtedy nie byłem w stanie utrzymać jego tempa i dość szybko odpadałem. Tym razem nie stanowiło to większego problemu. Irytował mnie natomiast ten drugi Pan, non stop narzekający że ochlapuję go wodą z kałuż. Postanowiłem więc zostawić go w tyle 🙂

Cracovia Maraton – odbieram żel od Stefana

Kiepsko natomiast radziłem sobie z trzymaniem mojego początkowego tempa. Okazało się że pomiędzy dziesiątym a dwudziestym kilometrem było to 4:18 min/km. To nie było już tempo na złamanie trzech godzin, wiedziałem też że nie pobiję życiówki na połowie dystansu. W okolicach 20-tki wyprzedziła mnie ekipa z Krotoszyna. Wyprzedził też Chuck. Niby nie czułem się źle, ale zdałem sobie sprawę, że moje nogi są coraz bardziej pospinane, a kroki coraz krótsze.

Cracovia Maraton – słabnę na bulwarach

W Bostonie, pod koniec trasy maratonu, jest wzgórze nazywane Heartbreak Hill. Straciło na nim szansę na zwycięstwo w tym biegu wielu doskonałych biegaczy. Moje serce złamał podbieg przy Wawelu, tuż przed dwudziestym pierwszym kilometrem. Na taki dystans byłem tego dnia przygotowany, nic dziwnego, bo ostatni dłuższy bieg treningowy miałem w połowie marca. Później moja prędkość cały czas spadała, a ja nie mogłem z tym już nic zrobić.

Cracovia Maraton – już ze złamanym sercem

Wyprzedzali mnie kolejni biegacze, a próby utrzymana się za nimi kończyły się zwykle po kilkudziesięciu sekundach. Moje najlepsze miejsce w tym biegu to 127-e, skończyło się na 321-ym. Na koniec byłem w stanie jeszcze wykrzesać z siebie trochę sił i finiszować biegiem. Chociaż byłem zawiedziony wynikiem, to jednak pobiłem życiówkę o 20 minut. Moment w którym przekraczałem metę znowu był czymś niezwykłym. Magia maratonu.

Cracovia Maraton – trochę siły zostało na finisz

Teraz, gdy kończę ten tekst, widzę jak wiele mnie ten bieg kosztował. Dotychczas, tydzień po maratonie byłem w ścigać się na długich dystansach i poprawiać swoje rekordy. Tym razem, nawet 10 dni po zwykły trucht sprawia mi problemy. Chyba naprawdę wycisnąłem z siebie tyle na ile było mnie stać.

Cracovia Maraton – po czterech latach biegania wreszcie wiem jak dobrze zapozować na finiszu

Co dalej? Przede wszystkim muszę doleczyć nogi i na poważnie zająć się sprawą pronacji, żeby uniknąć takich problemów w przyszłości. W najbliższym czasie nie planuję zawodów ani bardziej wyczerpujących treningów. Będę biegać tylko dlatego, że lubię biegać. Na jakiś czas przestaję też pisać, ale wrócę. Ja zawsze wracam 😉


Na koniec podziękowania dla Karoliny i Stefana za to co na trasie i wokół niej. Pozdrowienia dla spotkanych po drodze Leszka Gularka i Maćka Łabędzia. Wielki szacunek dla wózkarzy, którzy byli w stanie pokonać wzniesienia na tej trasie.

A na pożegnanie kawałek, który potrafił mnie na chwilę ożywić na 30-tym kilometrze:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *